blog członków i sympatyków Klubu Podróżników BIT!
MASZ PYTANIE, SUGESTIĘ LUB CHCIAŁBYŚ NAM POMÓC? NAPISZ DO NAS


OPISANE KRAJE:




Blog > Komentarze do wpisu

USA: Californication... i nie tylko

PAWEŁ OZIĘBŁOWSKI

Stany Zjednoczone Anno Domini 2011 w moim wykonaniu to zwiedzonych siedem stanów, osiem dużych miast, kilka mniejszych, wiele kilometrów pokonanych samolotem i autem w ciągu 3,5 miesięcznego pobytu za Oceanem. Co najbardziej mnie urzekło to charakter i wygląd Kalifornii i dlatego chciałbym skupić się na opisie tygodniowego road tripu jaki urządziłem sobie wraz z trójką polskich przyjaciół.



Naszą przygodę z Kalifornią rozpoczęliśmy od San Diego. Miasto znajduje się na południowo – zachodnim krańcu stanu, od południa granicząc z meksykańską Tijuaną, od zachodu z Oceanem Spokojnym, a od wschodu z pasmem gór Laguna Mountains. San Diego to przede wszystkim wspaniały klimat – ciepły i zarazem łagodny. Ocean o tej porze roku, jest dosyć chłodny, ale niezliczona ilość plaż i fantastyczne fale powodują prawdziwy wysyp surferów. 

My mieliśmy przyjemność zatrzymać się w niezwykle rozrywkowym i przyjaznym przytułku – Ocean Beach Hostel. Już na samym początku po przylocie zapewniono nam pokrycie kosztu taksówki z lotniska San Diego International Airport pod bramy noclegowni. Pokój był w schludnym stanie – codziennie sprzątany przez armię pięciu czy sześciu pracowników. Na pewno wygodnym rozwiązaniem był fakt posiadania pokoju 4 osobowego, co po pobycie w wieloosobowych multiroomach w Bostonie i Miami, dawało trochę prywatności i komfortu. Co równie istotne, każdego dnia otrzymywaliśmy całkiem pożywne śniadanko, a to wszystko w cenie 30$ za dzień. Mało tego, hostelowy team codziennie organizował wspólne integracje i posiadówy – a to, przy ognisku na plaży, a to barbecue połączone z Beer pongiem. A propos surfowania, to Mike, jeden z pracowników i wodzirejów hostelowych, był jednocześnie naszym nauczycielem od wyższej szkoły jazdy na desce po spienionych falach. Co prawda, dziś już emerytowanym i z wielkim od piwska brzuchem, ale potrafił się jeszcze dźwignąć na desce i przekazać kilka istotnych wskazówek leszczom takim jak ja. Standardowa deska do surfingu jest długości 1,5 – 2m. Pokryta poliestrem, przez co od długiego przebywania w pozycji leżącej można się trochę poobcierać. Noga którą surfujemy i która prowadzi deskę, to ta którą zwykle wstajemy z łóżka, a do drugiej nogi przywiązana sznurkiem/linką jest deska, tak aby nie uciekła od topiącego się po kolejnym nieudanym ślizgu delikwenta. Ja głownie uprawiałem tzw. „bodyboard”, czyli ślizg w pozycji leżącej, ale kilka razy udało mi się wstać i pomknąć kilka metrów wraz z nadciągającą falą, co sprawiło dużo frajdy. A koszt wynajęcia sprzętu w naszym hotelu wynosił tylko 10$ za dzień

W San Diego znajduje się jeden z najwspanialszych parków rozrywki i oceanariów zarazem – Sea World.  Pokazy delfinów, masa dzikiego ptactwa, morsy, niedźwiedzie polarne, pingwiny, żółwie z wysp Galapagos, słowem fauna z całego świata wita nas swoim urokiem w jednym miejscu. Dzień spędzony w tak przebogatym w okazy różnych zwierząt parku na pewno był dniem wykorzystanym dobrze, co potwierdzają te zdjęcia.

 



Mało tego, można było skorzystać ze zjeżdżalni wodnych, popłynąć gondolą, przejechać się wodnym rollercoasterem w podróży do mitycznej Atlantydy, czy obejrzeć film w kinie 4d. Co ciekawe, można  również wjechać w kapsule windzie na szczyt wieży widokowej liczącej niemal 100 metrów wysokości, z której widać cała panoramę San Diego. Na znajomych ogromne wrażenie zrobiło krótkie show w którym w ciągu kilkunastu sekund horda piranii obiera rybę do szkieletu, co widać na poniższym zdjęciu.

I jeszcze jedno promujące Sea World zdjęcie, żeby zakończyć wątek przyjemnym akcentem:



W San Diego spędziliśmy cztery dni. Udało nam się poznać mnóstwo ciekawych ludzi, zobaczyć piękne plaże, Ocean, a także poznać zwyczaje i smak kultury kalifornijskiej. Ostatniego dnia pobytu wypożyczyliśmy auto i udaliśmy się do Downtown, czyli śródmieścia, gdzie zastaliśmy hektary flory i atrakcyjną architekturę Balboa Parku. Nazwa parku pochodzi od nazwiska hiszpańskiego konkwistadora Vasco Nuneza de Balboa i można tutaj oprócz niesamowicie oryginalnych widoków, odwiedzić wiele muzeów, teatrów, ogrodów oraz słynne Zoo.

Następnie nasza srebrna strzała zawiozła nas do Las Vegas, miasta kasyn, strip clubów i luksusowych hoteli, ale to temat na inną historię. Będąc w Las Vegas udaliśmy się na jednodniową wycieczkę do Wielkiego Kanionu. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć słynną tamę Hoover Dam, betonową zaporę wodną zbudowaną na rzece Colorado na granicy stanów Arizona i Nevada. Widok sztucznej tamy wpasowanej w naturalnie piękne skały i mostu zawieszonego nad nią kilkadziesiąt metrów nad ziemią zapierał dech w piersiach.

Jadąc dalej na południowy wschód dotarliśmy do północnej części Wielkiego Kanionu i parku narodowego. Mieliśmy przyjemność obcować z oszałamiającym widokiem - doliny naturalnie wyrzeźbionych przez rzekę Colorado piaskowców z punktu widokowego Eagle Point.

Najważniejszym elementem kultury kalifornijskiej obok pięknej dziewiczej przyrody, są niewątpliwie ludzie. Tygiel kulturowy można spotkać w całej Ameryce Północnej, ale to ludzie żyjący na wybrzeżu zachodnim są solą tej ziemi. Wyluzowani, nie przykładający wielkiej wagi do ubioru i stereotypów. Wiodą sobie spokojne życie, często wolny czas spędzając na plaży, na imprezach w oparach ziołowego dymu. Ciekawostka: w Kalifornii z łatwością można zdobyć pozwolenie i recepty na tak zwaną: „medical marijuana”, która w założeniu ma wpływać na poprawę apetytu i samopoczucia ludzi schorowanych, mających problemy ze snem, mdłościami, wymiotowaniem, a nawet astmą. Jak jest w rzeczywistości łatwo poczuć na każdym rogu ulicy, zarówno w San Diego, LA, czy San Francisco. Nie zmienia to faktu, że z agresją i przemocą ciężko się spotkać, w przeciwieństwie do kubańskiego dystryktu w Miami, afro-amerykańskiego Harlemu w Nowym Jorku, czy dzikiego i konserwatywnego Teksasu. W Kalifornii ludzie są bardzo otwarci i towarzyscy. Łatwo nawiązać przyjaźń, o czym świadczy następny akapit opowieści.

Po wizycie w Wielkim Kanonie udaliśmy się przez Las Vegas do Los Angeles, gdzie spędziliśmy jeden przemiły dzień. Mieliśmy nocleg załatwiony na couchsurfingu i po 5 godzinach jazdy nocnej, ciągłej podróży i imprezowaniu mieliśmy ochotę się przespać… ale nasz couchsurfer oraz jego małżonka byli ambitnymi gospodarzami i nie zamierzali nam pozwolić zmrużyć oczy chociaż na chwilę, zwłaszcza że mieliśmy w planie zostać tak krótko. Postanowili nas oprowadzić, a raczej obwieźć po najciekawszych punktach LA – w tym Hollywood, Beverly Hills, Staples Center, czy Walk of Fame.



 Nawet udało nam się zajechać pod hacjendę Hanka Moody’ego z tytułowego Californication, który okazał się notabene niepozorną małą kamienicą.



Mnie osobiście najbardziej podobał się obiad w hinduskiej restauracji, gdzie po kilku miesiącach zajadania się Fast foodami i jeszcze bardziej jałowymi zupkami chińskimi, było prawdziwą radością i niebem w gębie. Mieliśmy jeszcze okazję spożyć z naszymi nowymi przyjaciółmi znakomite śniadanie włoskie przy dreptaku pomiędzy bardzo popularnymi w okresie letnim plażami Santa Monica i Venice.



Nadszedł czas pożegnania z LA, co przypłaciliśmy mandatem w wysokości 64$ za rzekome złe parkowanie. Nie było żadnej informacji i znaków, więc się odwołaliśmy od tej kuriozalnej decyzji, ale jak się okazuje w Los Angeles (nie wiem czy dotyczy to całych Stanów) należy posiadać wykupione miejsce do parkowania na określonym terenie, a że my byliśmy na oregońskich blachach, to staliśmy się łatwym kąskiem do kalifornijskiej policji.



Ostatnim przystankiem podczas naszej tygodniowej podróży po zachodnim wybrzeżu było słynne San Francisco. Udało nam się doświadczyć podróży na wyspę Alcatraz oddaloną  1,5 mili od zatoki San Francisco. Tam znajdował się najlepiej strzeżony zakład karny w Stanach Zjednoczonych dla najgroźniejszych przestępców (siedział tam m.in. gangster z Chicago Al Capone). Było to bardzo ciekawe doświadczenie, przede wszystkim przez wzgląd na całą mistyczną otoczkę budowaną przez audioguida (przewodnika audio), różne rekwizyty, plakaty oraz filmy historyczne i nie tylko traktujące o tym przybytku. Mnie osobiście najbardziej zainteresowały próby ucieczki z więzienia. Zostało to bardzo ciekawie opisane i przedstawione w książeczce, którą dostaliśmy na wejściu oraz licznych zdjęciach i wypowiedziach (nie)doszłych zbiegów i strażników więziennych, jak i odtworzonej przez aktorów scenie ucieczki.



Na koniec naszego pobytu w San Francisco i Kalifornii zobaczyliśmy jego wizytówkę, czyli przeogromny most Golden Gate łączący San Francisco z hrabstwem Marin nad Cieśniną Golden Gate. Tym podparto – wiszącym mostem przejeżdża każdego roku ok. 3,5mln samochodów, nie wspominając o rzeszy turystów przyjeżdżających tutaj specjalnie by ujrzeć ten widok.

 

Jeżeli planujecie w przyszłości wyjazd do Stanów Zjednoczonych, to zdecydowanie polecam w pierwszej kolejności zobaczyć Kalifornię. Jeżeli nie planujecie, to poważnie się zastanówcie, bo będąc studentem macie ułatwioną sprawę poprzez udział w takich programach jak Camp Leaders, Camp America, czy Work & Travel. Warto zobaczyć Kalifornię i zachodnie wybrzeże ze względu na dziką przyrodę, wspaniały Wielki Kanion, niezwykle miłych i uczynnych ludzi. Polecam również z odpocząć na plażach i zająć się surfingiem. Mnóstwo przygód gwarantuje wam powyżej podpisany.





środa, 09 listopada 2011, becauseitravel

Dołącz do nas na Facebooku!

Polecane wpisy

Komentarze
noclegi_bialowieza
2011/11/21 09:49:06
Super zdjęcia... trochę inne klimaty niż w naszym kraju :-)